Gałęzie drzew obdzierał silny północny wiatr z resztek przedwcześnie zżółkłych liści. Nieliczni przechodnie szli z nastawionymi kołnierzami pochylając głowy, by osłonić twarz przed drobnymi, ostrymi kroplami deszczu lub oburącz trzymali parasole, którymi targały raz po raz gwałtowne porywy wiatru. Czyż nie zdawała sobie sprawy z tego, że odbiera mu wszystko, że pozbawia go racji i celu istnienia? 149Ruszył w tamtym kierunku, lecz już po kilkunastu krokach zawrócił. Jakimże prawem on ma ją osądzić, zadecydować o jej losie? Lepiej, sądzę, cieplejsze — zadecydował służący i podał palto. — zawołał, wybiegając za profesorem na ganek, lecz Wilczur musiał nie dosłyszeć. 144Koniec października w tym roku był chłodny i dżdżysty. Jakiś zawodowy uwodziciel, który Beatę otumanił, okłamał, znęcił fałszywymi wyznaniami i przysięgami. Co się stanie, gdy przekona się, że Beata nawet swojej biżuterii nie zabrała? Trzeba zażądać od władz, od policji, by ich szukano. 148Pod wpływem tej myśli zatrzymał się i rozejrzał. Przypomniał sobie, że gdzieś w pobliżu, na drugiej czy na trzeciej przecznicy kiedyś, przejeżdżając, widział szyld komisariatu policji. 151Napisała wyraźnie, że nie kocha, że dręczyła ją jego rzekoma wyższość, jego bogactwo, jego sława… Była o tyle delikatna, że tego nie powiedziała wyraźnie… Jakichże argumentów można użyć, chcąc przekonać kobietę, by wróciła do niekochanego, do… Nawet Marioli czytywała godzinami liryczne wiersze, których to siedmioletnie dziecko nie mogło zrozumieć. 152Człowiek, za którym poszła, musi być młodym, niepraktycznym biedakiem.

przybysz z daleka online dating-85

132Mówił z taką trudnością, a cierpienie tak wyraźnie rysowało się na jego twarzy, że Zygmunt pośpiesznie potwierdził najcieplejszym tonem, na jaki umiał się zdobyć: 133— Rozumiem. Tylko widzisz, na dzisiaj rozesłaliście zaproszenia na wieczór.

Zygmunt poklepał go po ramieniu, zatrzymał się jeszcze przy drzwiach na chwilę i wyszedł.

Ma młodość, urodę, cudną córeczkę, sławnego i powszechnie uwielbianego męża, który pracuje dniami, nocami, by zapewnić jej wygody, zbytki, znaczenie w świecie. 42— I ja nie wątpię — skinął lekko głową — tylko wiem, że kobiety najwyżej cenią… 45Z entuzjazmem zaczął opowiadać przebieg operacji, przy której asystował. 47— No, nie przesadzajmy — odezwał się doktor Dobraniecki.

60Doszedłszy do takiego wniosku starał się wynagrodzić jej tę krzywdzącą dysproporcję.

Wnikał z największą uwagą i z przejęciem w szczególiki domowe, interesował się jej strojami, perfumami, podchwytywał każde słówko projektów towarzyskich czy dotyczących pokoju dziecinnego i rozważał je z takim zajęciem, jakby chodziło o kwestie naprawdę ważne. Przeczucie jakiegoś nieszczęścia chwyciło go za gardło. Ale ja widocznie nie byłam stworzona do takiego życia.

61Bo i były dlań ważne, ważniejsze ponad wszystko, skoro wierzył, że szczęście należy pielęgnować z największą troskliwością, skoro rozumiał, że te nieliczne, wyrwane z pracy godziny, które może Beacie poświęcić, musi napełnić jak najintensywniejszą treścią, jak największym ciepłem… 79Gospodyni i Bronisław wsunęli się cicho do jadalni i w milczeniu stali pod ścianą. Nie wiem, czy zdołasz wybaczyć mi kiedykolwiek to, że odchodzę…” 85Wyrazy zaczęły drgać i wirować przed oczami. 90— Sam sprowadziłem taksówkę — przyświadczył rzetelnym tonem Bronisław, a po pauzie dodał — i walizki znosiłem. 91Profesor, zataczając się, wyszedł do sąsiedniego gabinetu, zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Sam o tym wiesz aż nadto dobrze i jedynie Twojej dobroci przypisuję to, żeś zawsze starał się nie okazać mi tego, co jednak było ponad wszelką miarę dla mnie poniżające i dręczące. Męczył mnie i wielki świat, i bogactwo, i Twoja sława i — moja nicość przy tobie. Każde mruknięcie wydobywające się od czasu do czasu spod maski zawierało dyspozycję zrozumiałą dla asystentów i wykonywaną w mgnieniu oka. Ponieważ jednak miał zwyczaj nie narażać sobie nikogo, kto mógłby mu w czymkolwiek zaszkodzić, odezwał się pojednawczo, wskazując na stojące przy biurku pudło: 29— Sprawiła pani sobie już nowe futro? 30— Nie stać mnie w ogóle na Porajskiego, a zwłaszcza na takie futro. W pierwszych latach przypuszczał, że się go boi, i robił wszystko, by to usunąć. 123— A właśnie telefonowałem — nadrabiał prezes swadą — telefonowałem do lecznicy. Drgnął, gdy kuzyn zmienił ton i zapytał: 125— A gdzież Beata? Szło przecie nie tylko o życie pacjenta, lecz i o coś znacznie ważniejszego, o udanie się tej szaleńczej, beznadziejnej operacji, która stać się mogła nowym wielkim triumfem chirurgii i przynieść jeszcze większą sławę nie tylko profesorowi, nie tylko jego lecznicy i uczniom, lecz całej nauce polskiej. Trzymał je oto w lewej dłoni i rytmicznym ruchem palców masował nieustannie, gdyż wciąż słabło. Tak, nikt, żaden chirurg ani w Londynie, ani w Paryżu, w Berlinie czy Wiedniu. 6Sinaworóżowawa poduszka płuca wzdęła się spazmatycznym oddechem i skurczyła się nagle. Kawałek żywego mięsa w lewej dłoni profesora zadygotał. W jego gabinecie już kilka razy odzywał się telefon. Jak zawsze u nich będzie wyśmienita orkiestra, luksusowa kolacja i najlepsze towarzystwo. Opowiadał o sobie najkomiczniejsze rzeczy, zwierzał się jej ze swoich omyłek, niezaszczytnych przygód studenckich, starał się wyrugować z jej główki najmniejszą myśl o tym, że nie są zupełnie równi. I myślałby, że nie potrafi być inna, gdyby nie to, że widział ją nieraz rozbawioną, wybuchającą raz po raz głośnym śmiechem, żartobliwą i zalotną, ilekroć otaczało ją towarzystwo młodzieży i ilekroć nie wiedziała, że on na nią patrzy. 126Twarz profesora ściągnęła się i odpowiedział z wysiłkiem: 127— Wyjechała… Pęczniało i wiotczało nierównym tempem, ale niebezpieczeństwo już minęło. Z płacht sterylizowanych płócien doktor Skórzeń wydobył wypiłowaną część klatki piersiowej. Może żałował w duchu, że szef wyrzekł się tak nagle ambicji uczonego, że ograniczył się do belferki uniwersyteckiej i do robienia pieniędzy, ale nie mógł go z tej racji mniej cenić. Może zanadto — Wilczur skarcił siebie za to określenie — zanadto ubogie. Jeszcze kilka niezbędnych zabiegów i profesor odetchnął. Wiedział przecież, jak i wszyscy w Warszawie, że profesor nie robił tego dla siebie, że pracował niczym niewolnik, że nigdy nie zawahał się wziąć na siebie odpowiedzialności, a często dokazywał takich cudów jak dziś. Uważał, że uwłacza to Beacie, że ją skrzywdził, tak o niej myśląc. 121— Chodźże, siądziemy tu, pogawędzimy — Zygmunt pociągnął go na fotel przed kominkiem. Jedna z sanitariuszek zemdlała w kącie sali, lecz nikt z pozostałych nie mógł odejść od stołu operacyjnego, by ją ocucić. Trzej asystujący lekarze nie spuszczali czujnego wzroku z otwartej czerwonej jamy, nad którą poruszały się wolno i zdawało się niezgrabnie wielkie, grube ręce profesora Wilczura. — Choćbym była najpiękniejsza, nie liczyłabym na pańską uwagę. Podobał się jej jako mężczyzna, bo istotnie był bardzo przystojny z tym orlim nosem i wysokim, dumnym czołem, wiedziała, że jest świetnym chirurgiem, bo sam profesor powierzał mu najtrudniejsze operacje i przeforsował go na stanowisko docenta, uważała go jednak za zimnego karierowicza, polującego na bogate małżeństwo, a poza tym nie wierzyła w jego wdzięczność dla profesora, któremu przecież wszystko zawdzięczał. 52Beata nie chciała tego zrozumieć i gdy przyglądała się mu w takich chwilach, miała w wyrazie oczu coś jakby zażenowanie i obawę. 54— Może zaangażowano by mnie wówczas na freblankę[1] — odpowiadał ze śmiechem. Dlaczego jednak odnosiła się doń z tym niepotrzebnym szacunkiem, z jakąś jakby czcią? 124Profesor słuchał w milczeniu, lecz tylko pojedyncze słowa trafiały do jego świadomości.